Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żebyście znali to moje życie! — rzekł apatycznie.
— Rozumiem je! — szepnęła Atma. — Nie widzisz w niem celu!
— Owszem, jest cel. Bogacenie. Nie jestem pasożytem, ani próżniakiem, nie jestem lekkomyślnikiem, ani przeciętnym burżujem. Pracowałem i pracuję systematycznie, jestem trzeźwy i obowiązkowy. Mam porządną opinię, kredyt, wiarę ludzką, uznanie, stanowisko solidne. Jestem tak zwanym porządnym człowiekiem. Od dziecka byłem ambitny i zawzięty, i miałem żelazną wolę. Postanowiłem się wybić, i wybiłem. Jestem teraz bogaty, i co dalej? Wiem, czuję, że rok za rokiem rosnąć będzie mój fundusz, i na co? Mnie już niema! Ja już niczego nie pragnę, mnie nic nie bawi, mnie nic nie martwi, ja nic nie kocham, niczem się nie cieszę, niczego nie czekam, ani się spodziewam. Nie potrafię być pijany, ani wzruszony, nie potrafię wykrzesać ze siebie ani gniewu, ani wesołości, ani zajęcia czemkolwiek... To... życie.
— Chciałeś tu przyjechać! — rzekł Antoni.
— Chciałem. I dobrze mi jest, kiedy to wam mogę powiedzieć. Zrozumiecie. A tam... milczę.
— A rodzina?
— Jaka? Ach, żona! Ona ma matkę... no i suknie. Ile zażąda pieniędzy na podróże i stroje, daję; zresztą nic nie wiemy o sobie. Z teściem dużo obcu-