Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


maiła się, woniała, śpiewała radosna wiosną ziemia.
Weszli na ślizkie kładki, rzucone wśród łóz, chmielów, czeremch, kaliny, i stanęli nad krynicą. Ujęta w wydrążony dębowy pień, przezrocza, głęboka, była jak źrenica, w której błękit się przeglądał. Tak modra była jak niebo i tak spokojna. Czasem, strącone skrzydłem ptaszem, opadały w nią złote pyły łozowych kwiatków, i mignąwszy na toni zsuwały się w ruczaj, który sączył się ze zdroju, w gąszczu — do jeziora.
Stara, potężna, rosochata wierzba rosła u krynicy, a pod nią zwał drzewny tworzył jakby ławę, na której usiedli we troje i milczeli — zapatrzeni, zasłuchani.
— Doczekamy wieczornego koncertu! — rzekł Antoni.
— Muzycy są już w komplecie! — odparła Atma. — Zawczoraj słyszałam, że i tenor solista już robił próbę.
— Cudnie tu — oddychając głęboko, szepnął Adam. — Cudnie, bo niema ludzi.
— Niestety! — rzekła Atma.
— Co? Żałujesz, że niema ludzi?
— Nie! Boć nas tu jest troje. Mówię niestety, bo ludzi mi żal. Właściwie, naturalnie trzeba im żyć ze sobą w gromadzie, a przecie tak im ze sobą źle, taki zgrzyt, jęk, niechęć tworzą wokoło siebie.
— Jeszcze gorzej, gdy zostanie każdy sam ze