Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w wielkiej sali. Wiekami zbierane dostatki, pamiątki, które teraz przedstawiały fundusz.
Głosy ich i kroki rozlegały się uroczystem echem — odkryli głowy i mówili z cicha, z czcią dla przeszłości i tradycyi — ale na duszach braci kładł się od tych ścian jakby ciężar. Antoni miał w oczach smętek i powagę, Adam tęsknotę za tą wiosną i życiem, bijącem do głębi mrocznych komnat przez otwarte okna. Gdy się znaleźli znowu w słońcu, pod niebem, Adam odetchnął głęboko.
— Jakiemi ofiarami i abnegacyą potrafiłeś to tak utrzymać! — rzekł, z podziwem patrząc na brata.
— Postanowiłem, ślubowałem i... kochałem. Żadna usługa, ani ofiara. Nie mniej ty pracowałeś, postanowiwszy zdobywać jak ja, by zachować... Jesteśmy równie rzetelni robotnicy.
Z za węgła domu ukazała się Atma z pękiem czeremchy i narcyzów w ręku i zawołała ich do jadalni. Raczył się też ukazać i Makar i zasiedli do obiadu.
Adam jadł z wilczym apetytem, a potem poszli we troje dziki sad, ku krynicy. Długa do niej była ścieżka; szła przez zdziczałe szpalery i aleje, mijała mostki na porosłych rzęsą wodną i liliami kanałach, wiła się zygzakiem, aż za ogród, w dziki już olchowy gąszcz, na skraj bezbrzeżnych sianożęci.
Atma szła pierwsza, Adam za nią, a wokoło