Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Chcesz? — spytał Antoni.
— Owszem. Tak mi dziwnie wielu rzeczy się chce... takich młodych, prostych, dawnych. Obejrzeć wszystkie kąty, poszukać gniazd po krzakach na wyspie, odnaleźć stare drzewa i dziecinne kryjówki, zastawić kosze na rybę, szukać raków po pieczarach nadbrzeżnych, jeść, pić, gwizdać... dzieckiem być. Hej, jak to dawno to dzieciństwo!
— Dawno? Wczoraj. Jeśli je odczuwasz, używaj.
— Ba! od tego wczoraj do dziś upłynęło już życie!
— Zdaje ci się! Możeś go jeszcze nie zaczął... tym razem.
— Jakto? — spytał Adam.
Ale Antoni nie mógł odpowiedzieć, bo weszli do wielkiej sieni, dość mrocznej, i Makar mówić zaczął:
— A co, paniczku? wszystko na swojem miejscu, wszystko w porządku. Ot, łby łosie i dzików, i rogi jelenie... pamięta je panicz? a ot, jadalnia... portrety pamięta panicz... a ot, sala.
Prowadził po komnatach wielkich, nizkich, trochę ciemnych — i istotnie wszystko było w porządku zachowane, utrzymane z pietyzmem.
Adam wszystko pamiętał, odnajdywał: i meble stylowe, ciężkie, olbrzymie, i gobeliny i obrazy, i piece ogromne z zielonawych kafli, i piękne bronzowe kandelabry, i wenecki, bezcenny żyrandol