Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 Przez szpary okiennic słońce smugami leżało na posadzce, a cisza pełna była ptasiego wesela ze dworu.
 Adam sięgnął po zegarek, ale pokazywał trzecią — zapomniał go z wieczora nakręcić. Zerwał się tedy, i otworzył okienicę.
 A w tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Antoni.
 — Wyspałeś się? — rzekł.
 — Musi być późno?
 — Już po południu.
 — Czemuś mnie nie zbudził?
 — Po co? Człowiek śpi, ile mu potrzeba. Może chcesz się wykąpać? Jam się zgrzał na polu, idę do jeziora.
 — Bój się Boga! W kwietniu do jeziora?
 — Jeśli ciepło... Ja się kąpię, ledwie lód spłynie.
 — Masz racyę. Idę. Człowiek jest cudaczne stworzenie. Nie lęka się kuli, a raptem boi się przeziębienia.
 Poszli ścieżką ku jezioru — i Adam odczuł dziecinną przyjemność zanurzenia się w wodę chłodną, przejrzystą, rzeźwą, i wyszedł zeń rozgrzany, głodny i wesół.

 Gdy wracali, dom stanął przed nimi w całej okazałości i wyglądał inaczej, niż wczoraj. Wszystkie drzwi, okienice i okna były szeroko otwarte, a pod gankiem Makar stary kiwał na nich, wzywając, by weszli.