Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


cośmy ją sobie aż z Paryża dostali. Udała nam się! — uśmiechnął się do Atmy, podając jej półmisek.
— Makarze, rzeczy pan Adam nad jeziorem zostawił. Poślijcie po nie Iwasia.
— Nie zginą. To nie siano, nie drzewo, nie rzemyk, nie żelazko. Chłop nie weźmie.
— Jutro, Makarze, powieziemy pana Adama do Słubisk — rzekł Antoni.
— Ja nie popłynę. Niech panicz strażnika weźmie. Ja jutro pałac po zimie wietrzę i porządkuję.
Powiedział to uroczyście i stanowczo, i nikt mu nie zaprotestował.
Gdy wyszedł rzekł Antoni:
— No, tedy się, Atmo, przygotuj, że tydzień będziesz bez kucharza i służby. Stary odprawiać będzie swą celebrę tradycyjną.
Przez okno zajrzał do komnaty przepyszny srebrny miesiąc i aż ćmił żółty blask świec. Atma otworzyła okno, kłąb woni pąków, liści, rosy ciepłej i czeremchy zalał pokój — i aż zatętniało od chóru żab i słowików.
— Zmęczonyś! — rzekł Antoni do brata, który, o stół wsparty, oczy przymknął i umilkł.
— Nie wiem! Takbym się nie ruszył! — szepnął.
Makar wszedł, stół sprzątnął, Atma zdmuchnęła świece. Pokój był cały w blasku srebrnym