Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z nieba, w woni kwitnącej przyrody, w melodyi bezludzia.
Potem rozległo się cichutko, brzęcząco, parę tonów próbnych i przeciągły ton skrzypcowej skargi. Podniósł oczy Adam i ujrzał brata w oknie, jak zapatrzony w księżyc grał — a obok niego siedzącą na parapecie okna Atmę.
Wokoło jej jasnej głowy miesiąc czynił jakby srebrną gloryę — miała oczy w niebo wzniesione, zamyślone, promienne, i usta jej z cicha nuciły melodyę muzyki.
— Atma! — szepnął raczej myślą, niż dźwiękiem, a przecie obejrzała się nań i dotknęła go temi oczami, jak jakąś matczyną miłosną pieszczotą.
I nagle przypomniał sobie, kiedy ją widział, kiedy z nią był, kiedy ją wołał!