Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i sól w rzeźbionej, złoconej solniczce — i rzekła z tem samem spojrzeniem poważnem i litościwem:
— I tyś mi znany i swój. Możeśmy się spotykali przed wiekami i teraz się odnaleźli.
— Nie rozumiem, nie pamiętam, ale cię znam! Nie mógłbym ci powiedzieć: pani; wydawałoby mi się to śmiesznością; a przecie dlaczego mówię: ty!?
— Mów. Siostrą wam jestem przecie.
Wszedł Antoni, a za nim stary człowiek, suchy, łysy, z twarzą ogoloną — wniósł dymiący półmisek.
— Makarze, poznajesz panicza Adasia? — spytał gospodarz.
— Nie. Bardzo panicz kiepsko wygląda. W nieboszczkę panią się udał i pewnie często choruje. Padam do nóg paniczowi, a może panu, bo to widzę obrączkę na ręce.
— Już wolę paniczem być.
— Woleć, toby pan wolał po niewczasie. I jabym wolał, żeby mnie jasny pan nie był ożenił. Ho, ho! co to kosztowało! To chrzcij, to chowaj, to znowu chrzcij. Siedem razy tak się mieniało, aż znowu kawalerstwo wróciło. A wszystko w robocie tylko mitręga i rozpić się człowiek może. A czemu pan nam swojej pani nie przywiózł na pokaz!
— Za granicę wyjechała na kuracyę.
— Masz tobie! Ja mówię, że z kobiet tylko doktorzy korzyść mają i księdze! Niechże pan u nas się odpasie i barwy nabierze... ot, jak mój panicz i panienka, pana Lipińskiego nieboszczyka sierota,