Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— I wiele razy! — odpowiedziała spokojnie i zaraz dodała: — A gdzie twoje rzeczy?
— Zostawiłem nad jeziorem. Zaraz je przyniosę.
— Makar je znajdzie. Stary Makar, pewnie go pamiętasz, lokaj waszego ojca, kronika żyjąca całej rodziny. Gospodarujemy z nim wspólnie w domu i on mnie pouczył całej historyi rodu.
— Pamiętam go, chociaż nie byłem w łaskach, bo, jako najmłodszy, wymagałem respektu, a stary mnie lekceważył. I wy tak odludnie, samotnie, ciasno żyjecie? Nie przyjmujecie sąsiadów, nie bywacie?
— Nikogo i nie mamy stosunków. Zimą wyjeżdżamy na kilka tygodni. Ja dopiero w tym roku mogłam dostać paszport zagraniczny. Tamte dwa lata Antek sam wyjeżdżał, ja zostawałam sama, z kasztelanową.
— Brr! — wstrząsnął się Adam.
Weszli do jadalni i kobieta zapaliła świece w pięknym, starym, pięcioramiennym kandelabrze. Stół był nakryty atłasową, wzorzystą bielą staroświeckiego obrusa; stare, cenne były srebra i porcelana, stylowe meble, na ścianach makaty, bronie; po kątach w zmroku, oszklone kredensy.
Teraz Adam uczuł wilczy głód, i rzekł:
— Dałaś mi wody, duszo, daj chleba. I powiedz, skąd ja cię znam?
Podała mu chleb czarny, ale na srebrnej tacy,