Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


utkwione w sobie oczy kobiety, spokojne, głębokie i jakby litościwe. I od wejrzenia tego poczuł w sobie drżenie i rzewność, i pociąg ufności do tej obcej przecie, a bardzo jakby swojej.
— Chodźcie, wieczerza czeka! — rzekła, ruszając naprzód.
Na ganku siedziało paru chłopów i ekonom. Antoni pozostał, rozmawiając z nimi. Adam wszedł za Atmą do wnętrza domu.
Był to ciemny korytarz, z którego drzwi były do kilku pokojów na obie strony.
Pierwszy na prawo zajmował Antoni. Była to wielka komnata z olbrzymim kominem i alkową w głębi — niegdyś sypialnia ich ojca. Małe, nizkie drzwiczki w bocznej ścianie pamiętał też Adam jako wejście do tak zwanego skarbca, małej, sklepionej komnatki, kędy był skład starych pamiątek, dokumentów i broni.
— Teraz tam najwięcej książek — rzekła Atma, prowadząc go dalej i objaśniając. Tu obok mamy jadalnię, i spędzamy zimowe wieczory. A ten ostatni pokój na prawo ty zajmiesz, a tam dalej... duchy panują — dodała z uśmiechem, wskazując starą makatą zawieszone drzwi. A tu na lewo mój pokój i kuchnia, i to wszystko — zakończyła.
— Widziałaś może sama duchy? — spytał żartobliwie.