Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Podali sobie ręce i trzymali je chwilę w uścisku, patrząc na się.
— Długoś leżał? — rzekł starszy z odetchnieniem.
— Wiesz?
— Czytałem w gazecie.
— Bardzoś był oburzony?
— Nie. Byłem rad. Kto chce umrzeć, nie rad z życia. Kto nie rad z życia, może się wrócić od jakiegoś rozstaju, gdzie się opamięta, że błądzi.
Adam milczał, a po chwili rzekł:
— A ty? Co tu u ciebie? Jak?
— Pytasz o Tepeniec? Pracowałem dwanaście lat i pracować będę do końca. Nie ustąpiłem ani piędzi i nie ustąpię. Długów mam jeszcze trochę, ale już nie groźnych; stoję mocno.
— Żebyś wiedział, jakie miałem wyrzuty sumienia za ten dział, za tę rozterkę.
— Ja dotąd nie mogę przetrawić wstydu. Żeś ty pieniędzy żądał, byłeś w porządku ze sobą. Twój cel, twoje marzenie to było. Ale, że jam się targował... o monetę... to hańba! Nie miejże wyrzutów, nie uważaj się za winnego, ani złego. Twój dział to był... wziąłeś. Stroną upokorzoną ja jestem, więc nie wspominajmy tego. Przeszło, jak zły sen. Nie żal mi lat, które tu w biedzie spędziłem... przesłużyłem je idei. A że zbankrutowana ta idea, nie ja winien.
— Jakto?