Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdy się urwała kolumnada świerków, ujrzał Adam przed sobą szmat zoranej roli i jednego człowieka, który szedł brózdą; opasany był płachtą i siał ziarno ruchem monotonnym, równym, szerokim, jakby ogarniającym w uścisk ku piersi.
Szedł ku niemu i, zanim poznał i zobaczył wyraźnie, przeczuł brata Adam.
Wysoki był, szczupły, bez surduta, w białej koszuli i, obyczajem siewcy, z odkrytą głową.
Co krok był wyraźniejszy, odnajdywał Adam jego twarz o ostrych rysach, kanciaste czoło, spokojne, panujące sobie oczy.
Szedł ku słońcu, więc nie widział w blasku stojącego pod świerkiem, a że mu zbrakło ziarna w płachcie, poszedł do worka na miedzy.
Przystanął i zadumany słuchał melodyi nadchodzącego wieczoru, tętnienia ziemi i powietrza.
Stał tak długą chwilę, cały w czerwieni słońca, gdy od folwarku tętent się rozległ i nadjechał konno człek w kurcie i długich butach, ekonom zapewne.
— Brony idą, proszę pana. Ja dosieję — rzekł.
Jaworski zdjął płachtę i rozmawiali chwilę.
Potem poszedł po swój surdut i czapkę, leżące na drodze, i Adam ku niemu się zbliżył.
— Antek! — zawołał.
Tamten oczy podniósł i rozradowanie przeszło mu lica, że w Adamie zabiło serce, zaśmiała się dusza na to nieme powitanie.