Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Bom tu trwał... i zostanę... ostatni, a oni rzucili i precz poszli.
— Kto? Oni?
— Ostrowscy, Bujnowie, Szustowscy, Wojny... wszyscy, oprócz mnie. Ale o tem potem. Chodźmy do domu. Jesteś, jesteśmy! To dobry, piękny dzień! Mów o sobie. Czytałem, żeś się ożenił; czytałem, żeś bogaty i znany; czytałem, żeś syna stracił; czytałem twoje fachowe referaty...
— I żem się zastrzelił wreszcie ze zbytku szczęścia! — zaśmiał się Adam.
— Kto myślący i czujący nie brał za broń? kto nie chciał wyzwolenia? kto nie szalał z rozkoszy i z rozpaczy?
Szli obok siebie ku domowi w ciszy tak wielkiej, że omal słychać było spadanie jabłoniowego kwiecia.
— Jaka cudna tu wiosna! — szepnął Adam.
Antoni odkrył głowę i przystanął.
— A żebyś tu przeżył listopad! Dopierobyś czuł różnicę!
— Możebym listopad zeszły lżej tu przeżył, niż tam.
— A jednak to tylko pozorny spokój! — rzekł Antoni zasłuchany. — Wnurz się weń całą duszą, a rozeznasz tysiące wrzeń, tętn, dyszenie szału. To młodość, to wrzątek żądz, zachwytów, uwielbień, rozkoszy, dreszczów posiadania, uciechy tworzenia.