Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Szła ku drzwiom i jeszcze się obejrzała.
— Ale, wiesz? Ojciec ma partyę dla Ignasia.
— No? — spytał, sięgając po księgę na biurze.
— Hrabianka, prawdziwa! Co to za mężczyzna! może wysoko sięgać!
Jaworski zrozumiał, że ona, kobieta, musiała się zadowolić prostym szlachcicem, ale brat może już mieć hrabiankę.
— Matka będzie rada! — rzekł uprzejmie.
— Spodziewam się. Wszyscy radzi będziemy.
— Ojciec chyba najmniej, bo to drogi interes i procentu nie da.
— Trudno, trzeba żyć i dla idei! — wymówiła z godnością i wyszła.
Jaworski zapisał w księdze:
»Osobiste«: 5 rb. — Anielce do Warszawy: 500 rb.
Potem dobył obrączkę i jeszcze raz odczytał napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Starorzymska przysięga oblubieńców: Gdzie ty Kajus, tam i ja Kaja.
Zdjął z palca własną obrączkę, były identycznie podobne i miały równie martwe litery, bez treści. Z dziwnym uśmiechem pomieszał je w dłoniach i, nie patrząc która, wsunął na palec, drugą rzucił do szuflady obojętnie.
Nazajutrz wyjechali wszyscy, i Jaworski zajął się zwykłą pracą. Po południu na furgon włożono