Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ależ naturalnie, jedź i rozerwij się. Ileż ci dać pieniędzy?
— Sama nie wiem. Nie mam rautowych tualet, a muszę bywać, żeby opinię uspokoić. Ty także powinieneś przyjechać, razem bywać też musimy.
— Zabawisz pewnie do Wielkiej nocy?
— Tak. Potem mamę trzeba zawieźć na południe.
— No, to dalsze koszty. Ale na Warszawę ile ci trzeba?
— Sama nie wiem. Kuracya, tualety wiosenne, kapelusze mam stare i niemodne.
— Wystarczy ci pięćset rubli?
— W dodatku do renty, którą ojciec mi daje, tak — rzekła dość ozięble.
— No, przecie renta twoja nigdy przez moją kasę nie przechodzi. Weź pięćset, a jak przyjadę do Warszawy, to mi powiesz, czy wystarcza.
Wzięła pieniądze, ożywiła się.
— Tutaj ci nic brakować nie będzie; zostawię dyspozycyę szczegółową Gołębiowskiej i Józefowi. Śpiżarnia zaopatrzona, możesz przyjmować gości. Ale, proszę cię, przyjedź prędko, zrób to dla mnie. Zostawię ci wszystkie klucze od sreber i piwnicy. Muszą nas ludzie widzieć razem.
— W końcu przyszłego tygodnia przyjadę. Muszę być przy transporcie cukru tutaj.
— Naturalnie, ale i ty potrzebujesz rozrywki. To straszne takie zakopanie w tej pustce.