Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


było daty, ni liter, a wyrznięty napis: Ubi tu Caius — ibi ego Caia.
Jaworski przeczytał, obrączkę wsunął do kieszeni kamizelki, a żydowi podał pięć rubli. Potem, nie słuchając dziękczynień, wyszedł z izby przez kuchnię.
Gdy wracał do pałacu, widział przed sobą małą, zgarbioną postać kramarza, kulejącą w stronę zabudowań fabrycznych.
W gabinecie ujrzał Jaworski ze zdumieniem żonę.
— Co się stało? Zasłabł kto? — spytał.
— Nie. Spać nie mogłam... szukałam książki w salonie. Zobaczyłam, że się u ciebie świeci... zaniepokoiłam się, czyś nie chory.
— Byłem na podwórzu.
Anielka stanęła u biura i, jakby zakłopotana, rzekła:
— Nie masz mi przecie za złe, że jadę do Warszawy?
— Cóż znowu. Przecie co roku bywasz tam zimą.
— No tak, i przecie mieszkam u rodziców, więc cię to bardzo nie kosztuje. Muszę jechać, rozumiesz. Te wszystkie przejścia okropnie mnie roznerwowały. Na newralgię i migreny muszę mieć masaż i elektryzacyę. Tutaj toby za wiele kosztowało, i w domu jest wilgoć; zawsze mi tu gorzej.