Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dziś zimno. Trup leży.
— A, a, a... Szostak. Aj, co to za mądry człowiek był, ale miszigine. Nu, to ja do kotłowni wstąpię... Poczekam rana. Zmęczył się!
Żyda tego znał każdy w okolicy, i Jaworski go często widywał. Mały, suchy, siwy, pokorny, snuł się jak rok długi, po dworach i wsiach, z workiem na plecach, sprzedając drobiazgi, kupując wszystko, co się unieść dało.
Oparł się o ramę okna i rozejrzał się po izbie, potem stęknął.
— Umarł i moje trzy ruble zabrał — rzekł.
— Nosiłeś mu pewnie wódkę?
— Nie, jaśnie panie. Icek kramarz takich geszeftów nie robi. Zeszłego tygodnia ja tu wstąpił... on pożyczył u mnie pięć rubli, dał w zastaw pierścionek. Powiada, »we wtorek wypłata, przyjdź, to ci oddam«. Ot i wtorek, ot i wypłata! A za pierścionek dają mi tylko dwa ruble. A jasny pan pewnie nie obliczył nigdy, ile ja nóg zedrę, i gardła, i pleców, nim zarobię trzy ruble. Nu, co robić! Nie dam mu złego słowa. Umarł... niech sobie odpoczywa.
— Pokaż pierścionek — rzekł Jaworski.
Żyd sięgnął w zanadrze, wydostał szmatkę i trzęsącymi się z chłodu i starości palcami wysupłał z niej złotą obrączkę.
Gładka była, jakby ślubna, ale wewnątrz nie