Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — A ja otrzymałem już siedemnaście ofert z idealnemi rekomendacyami.
 — W jakiej knajpie poznałeś swego protegowanego? — mruknął ojciec.
 — Ja przeważnie w knajpach nie zajmuję się mężczyznami. Mego protegowanego zresztą zna i ojciec. To Józef Wojdak.
 — Co, ten synowiec prałata! Twój eks-korepetytor?
 — Ten sam.
 — Przecie ojciec jego wziął po prałacie sukcesyę. Muszą dobrze się mieć?
 — Stary założył jakąś fabryczkę, gdzieś pod Łodzią. Drut robi czy blachę... nie wiem, ale licho to idzie. Są trzy siostry do wydania. Józef potrzebuje posady.
 — Hm, chłopak był porządny, spokojny, pracowity. Teraz może także socyalista, jak oni wszyscy!
 — Jak będziesz w Warszawie, Adasiu, to ci go przyprowadzę. Ty się znasz na ludziach i odrazu go rozgryziesz. Miał już posadę u Starowiejskiego. Możesz się dowiedzieć, jakie ma o nim zdanie.
 Wstali od stołu. Ignacy poszedł za szwagrem do jego gabinetu na cygaro.
 — Baby strasznie na ciebie obrażone! — rzekł, śmiejąc się.
 Jaworski podniósł oczy.

 — Doprawdy? Nie uważałem! — odparł.