Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Widziałem strażników na podwórzu. Co tam za nowa przyczepka? — spytał zięcia.
— Robotnik umarł wczoraj.
— Może co zaraźliwego? — nie wytrzymała i ozwała się Taubertowa.
— Nic. Delirium. Zapił się!
— Ładnych ludzi kontraktuje Zagajski. Pewnie pensyę przebrał... i jeszcze policya będzie robić afery o nagłą śmierć.
— Nie. Trudności robił ksiądz z pogrzebem.
— Bardzo słusznie. Taki pijak to jakby samobójca — rzekła Taubertowa.
— No i co? Długo trup będzie w barakach? — zagadał stary, patrząc na zięcia z niepokojem, jak przyjmie uwagę.
Ale Jaworski, jakby nie słyszał, czy nie zrozumiał celu docinku, odparł spokojnie:
— Jutro pogrzeb. Zapłaciłem. W każdym razie na ten koszt się opłaci. Był to człowiek chory, słaby, prawie obłąkany; cała fabryka rada, że go niema. Naturalnie Zagajski na rok przyszły będzie ostrożniejszy przy kontraktowaniu ludzi, chociaż w zeszłym roku więcej było kramu z dyzenteryą.
— Czy to prawda, Adasiu, że chcesz zmienić chemika? — spytał Ignacy.
— Żeni się Laskowski i dostał posadę na Podolu.
— Mam dla ciebie idealnego kandydata.