Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— To szkoda ich zachodu. Matka musiała się haniebnie zmęczyć milczeniem, a Anielka napróżno symulowała brak apetytu. Pojutrze wybierają się do Warszawy.
— Taak?
— Przecie matka mówiła to przy obiedzie.
— Nie słyszałem.
— Jesteś bardzo roztargniony, uważam. Pewnie ci do Stefy pilno! A wiesz, desperowała po tobie; była u mnie po wieści.
— Pewnie! Obiecałem jej karakułowy żakiet, a sezon zimowy u schyłku.
— Naprawdę ona ma dryg do ciebie. Chciałem pocieszyć... Trzymała się ostro.
— Nie jest znowu tak głupia, pocieszać się tobą. Wie, że się dowiem. Widziałeś młodego Skibińskiego?
— A jakże. Graliśmy u Gerhardowej. Te tysiąc rubli, coś mi obiecał, jakbym już miał w kieszeni. Chce jeszcze za folwark piętnaście tysięcy; ale jeśli Nina się zgodzi jechać z nim zagranicę, odda za dziesięć. Miej pieniądze w pogotowiu. Kiedy będziesz w Warszawie?
— Za parę tygodni. Ale jeśli Skibiński mi nie sprzeda do kwietnia, kupię Śmiechów Zaleskich, bo buraki muszę mieć gdzie plantować, a tamto mi równie do Zaniechowa przyległe.
Ignacy popatrzał na szwagra. Rozparty w fotelu, zapatrzony w dym cygara, nawet w tę chwilę