Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — Nie, fabryka idzie porządnie. Ignac mi mówił, żeś się gryzł, bo ci ktoś podkupił akcyę Skibińskiego.
 — Bort je kupił dla mnie.
 — Patrzajcie! Toś sprytnie zrobił. A Skibiński po krachu zięcia musiał sprzedać. Dobry interes.
 Adam milczał, zapatrzony w desenie obicia.
 — Anielka była dziś u ciebie?
 — Była, ale ma migrenę. Poszła się położyć.
 — Ale... jest tu do ciebie jakaś depesza, bez podpisu i sensu. Przyszła wtedy...
 Wzrok chorego się ożywił. Wyciągnął rękę i odczytał: »Zdrój dla pragnącego — ognisko dla brata«.
 — Co to znaczy? — spytał prezes.
 — To... od mego brata — rzekł powoli, wpatrzony w litery.
 — Myślałem, że od kobiety — uśmiechnął się prezes. — A ten twój brat ma podobno bajeczne dobra?
 — Musiała być Bojarska o swą sumę. Oddam jej te pieniądze... niech się co chwila nie nerwuje. Brat mój siedzi na ojcowiźnie: spłacił mnie i resztę rodziny; te jego dobra były bardzo obciążone. Ale to było dawno, dwanaście lat temu; może interesa poprawił.
 Odpowiadał coraz wolniej, ciszej — jakby zasypiał.

 Więc prezes wysunął się z pokoju, a wtedy cho-