Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale dlaczego, po co, za co? Przecie nie interesy?
— Bolały mnie... zęby — odparł.
Prezes popatrzył na niego. Twarz chorego, zwykle twarda, energiczna, stała się przez goryczkę i cierpienie jakby skurczona, zamyślona.
— Zęby? Żartujesz sobie ze mnie. Dentystów nie brak! Przyznaj się... zostanie między nami.
— Powiedziałem ojcu. Od roku cierpię. Ojciec widział ilustrowane bajki Andersena?
Prezes dotknął jego czoła, myśląc, że majaczy, ale czoło było normalnie ciepłe, i chory, zrozumiawszy ruch, uśmiechnął się.
— Nie bredzę. W tych bajkach jest rysunek szatana bólu zębów. Książka leży w buduarze Anielki... pamiątka po małym.
Zasępił się prezes na to wspomnienie zmarłego wnuka. Dziecko się urodziło wątłe, omal matka nie umarła, żyło, cherlając, pięć lat, zgasło przed pół rokiem. Pani Adamowa była też słabego zdrowia, jedynaczka, wychuchana w wacie. Może ten człowiek, zdrów, młody i silny, był nieszczęśliwy w pożyciu?
— Przecie nie zaszło nic między tobą i Anielką? — wyrwało mu się mimowoli.
— Niechże się ojciec uspokoi i nie szuka. Żyję... pójdę do dentysty... za parę dni będę mógł już robotą się zająć. Nic się ważnego nie stało tymczasem?