Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

ry jeszcze raz odczytał depeszę, wsunął ją pod poduszkę, przymknął oczy i zdawał się drzemać. Ale po chwili z pod powiek zbiegły dwie łzy i pozostały na zapadłych policzkach.
 I zaczął Jaworski zdrowieć, wracać do życia. Z początku rządził z łóżka, potem z fotelu, wreszcie wyszedł do biura w fabryce.
 Przechodził właśnie obok robocznych baraków, gdy z nich wyszedł doktór i rzekł:
 — Nasz alkoholik dobiega kresu.
 — Jest tam kto przy nim?
 — Był felczer, alem go uwolnił do domu. Czuwał noc całą, a chory znajduje się tymczasem w zupełnej prostracyi.
 Machinalnie Jaworski wszedł do środka.
 Za wielką izbą sypialną znajdowała się stancya infirmeryi, i tam na pryczy leżał chory.
 Jesienią przybył z bandą sezonowych robotników, kontraktowanych corocznie na kampanię cukrowniczą, z daleka, z głębi Białorusi.
 Odrazu zwrócił uwagę dozorców ponurością i zuchwalstwem. Pracował źle i niechętnie, zmorą był administracyi, fermentem buntu wśród robotników. Było wtedy tylko spokojnie w fabryce, gdy pił aż do delirium.
 — Tak, dobiega teraz kresu — pomyślał, spojrzawszy nań, Jaworski.

 W ołowianem świetle zimowego dnia leżał na