Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Brednie! Z miłości taki się nie strzela. Zresztą trzeba zatuszować skandal przez wzgląd na Anielkę. Wypadek z bronią i basta. Dzięki Bogu, że nie bankructwo, nie zachwianie funduszu. Jak wyjdzie z niebezpieczeństwa, to go wybadam. A teraz niema czego się alterować. Zdaje mi się, że interesy w porządku.
Następnym pociągiem przybył brat pani Adamowej, a marnotrawny syn prezesa, kolega Adama z zagranicznej politechniki, znany bywalec wszelkich knajp i tinglów warszawskich.
— A temu co do łba przyszło? — spytał zdumiony. — Onegdaj był u mnie, cieszył się wysokim procentem cukru, gadał o dywidendach. Byliśmy wieczorem na kolacyi w kabarecie. Zupełnie był do rzeczy.
— Powiedz, Ignasiu, jak na spowiedzi cię zaklinam: miał on kochankę? — zaczęła go badać matka.
— Nie, mamo, i to nie! Przysięgam. Miał kochanki, ale jednej... nie.
— Więc miał, hulał, tracił z ulicznicami fundusz Anielki.
— Moja mamo, ten fundusz Anielki jest tak obwarowany i zaryglowany, że chyba dyabeł się do niego nie dobierze. Jak tracił, to swoje. Przecie on ma rocznie ze dwanaście tysięcy dochodu. Zresztą on nie traci... on dorabia. Ho, ho! to sprytna sztuka. On może palnął do siebie ze zgryzoty, że nie do-