Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i wieczory spędzał w biurze, w fabryce, wyjeżdżał do Warszawy, bywał w miasteczku i u sąsiadów. W domu przy obiedzie i wieczerzy rozmawiał swobodnie, w niedzielę grał w winta, żartował, był wesół. Wczoraj wrócił po południu od Gawrońskich, gdzie był sędzią w kompromisie, i zaraz go wezwano do fabryki, w kwestyi jakiejś maszyny. Przy wieczerzy wypił parę kieliszków wina i wcześnie poszedł do siebie, mówiąc, że ma wiele do pisania. Lokaj mu tam zaniósł o dziesiątej herbatę i opowiadał dziś, że go zastał leżącego na otomanie.
Panie poszły spać o jedenastej. Zbudził je w nocy o piątej krzyk służącego, że pan zabity.
— Po cóż służący chodził do niego tak rano?
— Przyszła depesza, odnosił ją, a nie otrzymując odpowiedzi na pukanie, wszedł. Drzwi nie były na klucz zamknięte. Doktór mówi, że strzelił o czwartej, mierzył w serce.
— Od kogo była depesza?
— Nie wiem! Gdzieś tu leży.
Znaleziono ją i prezes przeczytał:
»Zdrój dla pragnącego — ognisko dla brata«.
— Co to? Bez podpisu. Pewnie od kobiety. Skąd? — zaniepokoiła się prezesowa.
— Jakaś Ruda. Dowiem się w telegrafie.
— Romans miał... Czekał depeszy... nie przychodziła... z desperacyi targnął się na życie!
Ale prezes depeszę do kieszeni wsunął i ruszył ramionami.