Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


kupił jeszcze jednej akcyi. Wiem, że targował udział Skibińskiego. No, ale co? Wyliże się?
— Doktorzy mają nadzieję! Ale... takie nieszczęście!
— Czego? Czy on jest mamy córką na wydaniu? Straci opinię! Głupstwo! Bestya, będzie miał potem jeszcze większe powodzenie u kobiet. Taki samobójca to bardzo interesujące. No, a cóż Anielka, bardzo desperuje? A ojciec gdzie? Pewnie wertuje rachunki... w strachu cały!
— Trzeba mówić, że to był wypadek z bronią.
— Ale! Już mi na kolei opowiadali, że Jaworski się zastrzelił... bo tak mu teściowa obrzydła!
Ignac się roześmiał i, gwiżdżąc, poszedł do siostry.
Ostatnią osobą, która przybyła po wieści, była jakaś stara ciotka Jaworskiego, wdowa, kapitalistka.
Przybyła bez tchu, przerażona o sumę pięciu tysięcy rubli, które miała u niego na prosty weksel. Gdy ją prezes uspokoił, że suma pewna, i gdy się dowiedziała, że żyć będzie, puściła wodze swemu oburzeniu na całą rodzinę Jaworskich. Była jakąś stryjeczną siostrą ojca Adama. To był waryat, pasyonat, strzelał do ludzi... Tyran dla żony... umarła z melancholii. Ciągle się pieniał, wszystkich sąsiadów procesował i miał manię kupowania ziemi. Zostawił też masę tych morgów: piachów, błot, bagien, bo kupował byle co i byle tanio. A że przytem