Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/012

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i ciemne, strome szlaki, po których tłum szedł, i mgły, wiszące po zboczach; a podniósłszy oczy, zobaczył szczyt w słońcu i tęczy.
— Stamtąd pochodzisz... tam dojść musisz. Patrz, zrozum, zapamiętaj! A teraz ja ci powiem, jakeś szedł, jakeś żył. Przestałeś wcześnie być dzieckiem. Jeszcześ myśleć nie umiał, gdyś umiał szaleć zmysłami. Pomnisz... czternastoletnim byłeś, gdy rozpusta ci się stała obyczajem, chlubą, nałogiem, sławą. I zwałeś zwierzęcy szał rozkoszą i zwałeś miłowaniem mord nad duszą własną i cudzą. Tylkoś mnie wtedy znienawidził, gdym cię pytał, czy ci to czynić wolno, dlatego, że tak inni czynią, że za to niema sądu i kary — tam.
— Cierpiał! — rzekła Atma.
— Zbawienie jego w tem cierpieniu. Bogactwo jego. A gdyś się stał mężem, rozpocząłeś walkę o byt. O byt twych wymagań wygody i wczasu, żądzy rozrywek i użycia, zachcianek coraz nowych i większych. Dlategoś deptał lub usuwał słabszych, szydziłeś z pokonanych, nazywając ich głupimi, cieszyłeś się z korzyści nad łatwowiernym, schlebiałeś możnym w złoto lub stanowisko, i myśli twe były oddane troskom i staraniom o materyę, uciesze z korzyści dla brzucha i kieszeni, a serce twe było pełne zawiści i nienawiści dla tych, co więcej mają, bo więcej mogą użyć. I stało się twe życie wedle woli i wyboru twego, i miałeś wszystko, czegoś zapragnął: spełnione pragnienia, zaspokojone żądze,