Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zbiegłem od ciebie. Napróżno. I tu jesteś. Więc co mam czynić, byś mnie nie katował. Rzuciłem wszystko... tam, byleś mnie nie męczył. Czego żądasz więcej?
— Żądam, byś rzekł życie całe.
— Po co? Znasz je. Byłeś ze mną. Wróg!
— A pomnisz ten zdrój, ten wieczór, tę ciszę, gdyś z Atmą u serca roił życie, a jam ciebie słuchał. Byłżem wrogiem wtedy?
— Ale ja byłem dzieckiem, nieświadomem życia. Ono przyszło... musiałem żyć.
— A cóż jest życie?
— Prawda, znajomość złego i dobrego.
— Poznałeś wtedy wszystko; wybrałeś wedle woli, drogę i czyn. Pozbyłeś się Atmy. Nie słuchałeś mnie. Byłeś wolny przecie.
— Wolny... z tobą. Męczennikiem byłem.
— I otrząsnąłeś się z szaty i odszedłeś uczty swego życia. Zaliś myślał, że przy tej biesiadzie ja jestem, że tam zostanę? Szalony! Do mnie należysz tu i tam... zawsze, wszędzie... od prawieków w prawieki! Rozumiesz?
— Cierpię, duszę się, męczę. Daj mi nie być!
— Zrozum, a odejdzie cię pragnienie. Mów ze mną, a umiłujesz. Łachman cię dławił, boś go cuchnącym uczynił. Zrozum, ktoś ty!... Spójrz, gdy otworzone twe źrenice.
Adam ujrzał górę całą, przepaście bezdenne