Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/010

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

poznał ją: pierwsza, którą zbezcześcił i odepchnął.
 — Atma! — wyrwało mu się z wybuchem szczęśliwości. — Wracam do ciebie. Wiesz? Uwolniłem się.
 Kobieta potrząsnęła głową.
 — Od niego? Nie! Patrz, czeka na ciebie.
 Wskazała postać na drodze.
 — Uprowadź mnie! Ukryj! Zostańmy razem. Ty wiesz, jakem po tobie tęsknił. Przyszedłem tu po ciebie, za tobą, dla ciebie. Czy opuścisz mnie teraz?
 — Masz sprawę z nim. Czeka na ciebie. Chodź. Wolnym nie będziesz, póki on cię nie uwolni. Stań z nim oko w oko.
 — Nie chcę. Jakiem prawem on tutaj?
 — On ci powie. Nie ujdziesz mu. Sąd być musi.
 — Nie chcę go. Nie odejdę ciebie.
 — Razem pójdźmy. Nie lękaj się.
 Ujęła go za rękę. Uczuł moc i uspokojenie. Postać kędyś znikła. Minęli zakręt skały. Ujrzał przed sobą Adam jakby świątynię, w głazach wykutą, do której wstąpił.
 Postać czekała nań.
 — Idź! — rzekła kobieta.

 Adam usłuchał. Jakaś rozpaczna determinacya rzuciła go w proch przed tym sędzią, przed prawem.