Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


osiągnięte zdobycze. Posiadłeś wszystkie kobiety, których chciałeś, masz zbytek, stanowisko, sławę, honory... wszystko, co tam zwą szczęściem.
— Kłamstwo. Wiesz, żem cierpiał. Tyś był i mówił. To męka.
— Zali morderca może być szczęśliwy? I jaki zgiełk zgłuszy mój głos?
— Nie byłem gorszy od innych, a oni nie cierpieli.
— Skąd wiesz? Wy się wstydzicie dobra, któregoście w sobie nie dobili; wy nie wyznacie takiego cierpienia. Mowa wasza, jak i czyny wasze. Śmiech wasz to szyderstwo lub małpia uciecha ze sromu, płacz wasz to fałsz lub samolubstwo. Nie macie ich dla Atmy, dla mnie. Ją splugawićbyście chcieli, mnie zabić lub znienawidzić. Nienawidzisz mnie, bo się lękasz i mścisz się, szargasz w gnoju ciało, czucie, myśli... i zdaje ci się, że mnie! Bezrozumny! Ja twój pan.
— Tęsknił po mnie! — rzekła Atma.
— Wiem, dlategom nie przestawał doń mówić.
— Mówiłeś bez litości, rozpaczą byłeś, męką. Chcę mieć kres, chcę ciebie nie słyszeć.
— Kres tam, w tem słońcu. Zwlokłeś szatę. Zrozum! Nie jam ci ciężył, lecz zbrukana szata. Mnie miłujesz, bo cierpisz, że nienawidzisz. Ze mną tam — w słońcu tem byłeś... pomnisz? I byliśmy jednem... i będziemy jednem. Szatę zdarłeś, splugawiłeś i rzuciłeś precz. A ja powiadam: ni