Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Konopnicka - O krasnoludkach i o sierotce Marysi.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 A w ciszy tej ozwały się trzy uderzenia młota; trzy tylko, lecz tak potężne, iż zaraz poznać było można, że ostateczne są i że dzieło kończą.
 Odwrócił król głowę siwą i przez chwilę słuchał, i drużyna jego słuchała.
 I przeszedł po nich dreszcz i chłodem powiało od boru. Tu i owdzie zagasła źrenica, tu i owdzie zniknął uśmiech, tu i owdzie zacisnęły się dłonie.
 Przypomniały sobie Krasnoludki ową starą, starą wieść, że gdzie uderzy dzwon, tam one — pod ziemię muszą.
 Król wszakże był spokojny i tak mówił dalej:
 — Jednego z towarzyszy straciliśmy, bracia. Straciliśmy uczonego Koszałka-Opałka. Odłączył się on od nas, aby szukać sławy. Nie nam go sądzić. Niech idzie za gwiazdą swoją. Co do nas, przeżyliśmy tu dni dobre i chwile szczęśliwe. Błogosławmy temu zakątkowi ziemi.
 — Błogosławmy! — zawołały wierne Krasnoludki.
 I nagle zrobiła się cisza.
 Wzniósł ręce król stary i wyciągnął je nad uciszoną doliną i błogosławił jej.
 Sto rąk, sto ramion podniosło się za nim w różane powietrze, w którem drżała promienista gwiazda królewskiego berła i błogosławiły temu zakątkowi ziemi.
 A wtem słońce stoczyło się wielką kulą aż na krawędź świata.
 — Piękny zachód! — rzekł król.
 — Piękny... piękny zachód! — zawołały wierne Krasnoludki.
 Naraz zaczęły dzwony bić...

 Daleko gdzieś, daleko, wysoko gdzieś, wysoko, nad borem, nad lasem, głos dzwonu płynął i obejmował pola