Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   174   —

— I buteleczkę by się wypiło, a choć sera przetrąciło, bo głodny nie mogę spać.
— Lękam się, że i ja pewnie pieniędzy nie będę miał przy sobie — odezwał się cienko Bolek.
Brzuchowski wyciągnął sakiewkę.
— Ale, dalipan na podkurek jeszcze stanie — chodźmy...
— Po cóż ja? — począł się ceremoniować Bolek.
— Ja sam ani pić, ani jeść nie mogę, to głupia rzecz — odezwał się Serafin. — W domu jak nikogo nie ma, pisarza prowentowego sadzam. Kto sam je, a kto jeszcze i pije sam, to go bez sądu powiesić!
Szli do Stępkowskiego, u którego się jeszcze mocno świeciło... — Słychać było zdala te głosy podniesione, które dobre wino potęguje i nadaje im dźwięk tak szczęśliwością brzęczący, jakby na ziemi żadnéj biedy nie było.
Z wielkiém podziwieniem w pierwszym zaraz pokoju zetknęli się z professorem, który właśnie towarzyszowi otyłemu, z wielkiemi wąsami coś żywo rozpowiadał.
Na widok jego pan Serafin zrazu się prawie chciał cofnąć, lecz zmiarkowawszy i minę przybrawszy wesołą, zbliżył się do stolika.
— Jakże się ma pan sędzia dobrodziéj! To mówiąc fasowatego owego mężczynę z wąsami w ramię począł całować, śmiejąc się.
Sędzia zimno jakoś na ten afekt odpowiedział.
— Kłaniam uniżenie — pana Serafina. — Cóż pan tu robi? pan? tu? gdy tam... tego!