Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   173   —

— E! ja się na tém znam! — rozśmiał się Serafin. — Gadajcie wy sobie co chcecie, gęby u tych pań inaczéj mówią niż u wiejskich dziewcząt, ale co do oczów, wszystkie jednakowo... O! o! Tak mi zagadała, że wiem co to ma znaczyć.
Ruszył ramionami Tańczyński.
— Co się tyczy de quibus — dodał żartobliwie Serafin — muszę radczynię nasadzić, ażeby dotarła i dowiedziała się co ma. Wszystko to pięknie ładnie, że żyje po pańsku, że expensuje dużo, ale — a nuż — dożywocie? albo co podobnego!
Potrząsł głową Serafin. — Tak, na ślepo, na wiarę się żenić nie mogę. Dopiero bym się wykierował!
— Pan przecie majątku nie potrzebujesz — wtrącił Bolek — sam jesteś majętny.
Brzuchowski popatrzył na niego.
— Ja dla siebie jestem majętny, ale z taką piękną panią dużo trzeba!! ho! ho!
Na zegarach biła dwunasta, Bolek żegnać go począł.
— Zaszlibyśmy jeszcze gdzie — odezwał się Serafin. — U wdowy, powiem ci, ślicznie było podane, wszystko dobre, choć palce oblizywać, ale szczuplutko, cieniutko, tak, że ja ceremoniując się, wstałem głodny...
Pomacał się po kieszeniach pan Serafin.
— Bylebym pieniądze miał, zaszlibyśmy do tego Stępińskiego.
— Stępkowskiego.