Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ziele trzescy, poli sie, a dym ś niego wiater niesie prosto w hmury.
Ręce juz Kundzie zacynajom cierpnąć, a hmursko nic, ino stoi. Casem powicher przileci od niej taki mocny, co cysto kce ludzi na ziem sprzekopyrtować!... Ale Kunda nic, jeno stoi na swoim placu, a zwoni i kadzi. Casem jej powicher spodnice i nodołek na som wiérk głowy zaruci!... Ale u Kundy dziś wstydu nima, bo widzi, ze niepeć!
Wystoli tak do śródwiecerz. Dopiéro tén s hmury woło:
— Puść mie!... Niezartuj!...
— Niepusce!... Ani na col...
— Puść mie tak, jak bez recice!...
— Niepusce...
— Tak jak bez przetak!...
— Nic!...
— Zlutuj sie Kunda, puść mie, nieg przeńde, i hoć telo ino jak bez sito pusce!...