Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sobek widzi, ze nieśpas, ze to ta hmura sama, co mu tén padoł o niej kiesi tu; zastawiéł młyn, co thu polecioł na joz i wode odstawieł het, wzion i obróciéł sie do Kundy na Łązek: bo wto wié — pado — co bedzie? i godo jéj o tym. Kunda łapiéła co thu śpizowy zwónek świencony i ziele, połozyła na wągle ognia na miske, wysła do pola i kadzi, a zbércy na zwonku do trzeciego razu...
Hmura stanéna naros!.... I grzmieć i łyskać sie przestało troche, ino sumi w niej i hucy co raty! Jak kieby sie cały Giewont obracoł w niéj.
Powicher ros, to zaś drugi ros wiater przichodzi od niej zimny a strasny, co ludzie na świecie! Kunda nic ino jednom rękom na krziz zwonkem zbércy i przezegnuje hmure, a w drugiej tak samo na krziz macho miskom w powietrze, a poduchuje wągle, coby sie jarzyły...