Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i dzień »ze jutro bedzie désc!« I był. Niescyganiéł nigda.
Ku końcu ozbuchoł sie straśnie. Zacon juz i cekanom we młynie wyrządzać i na dziéwki róźnie brzidźko wołać, bo on wiedzioł o sydźkim, co ta ka wtoro miała s kim.
W jedne noc jakisi był taki, jak głupi: popod koła i po całym młynie wydziwioł straśnie i Sobka juz cysto omierznon. Bo sie go juz i cekani boli, i dokucoł wsędej.
— Kieście juz djabli weznom kany z tela!... — Myśli se Sobek — Juz tego dość!... Ale niegodo nic, ino poziéro noń, co bedzie robiéł, kie tak głupie...
Ku północy miesiącek piéknie wyseł i świéci. Tén prziseł do izby, był kawołek świńskiej skóry na kérpce pod oknem na ławie, wzion ciho pod pazuche i poseł w pole. W burtnicy wyrwoł kensi gwóźdź, dratnol, wzion i poseł ku wodzie, siod na