Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/040

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przy orbie w polu, cy ka inéndyj. Ozgrzesys mie?... Ozgrzesys mie?... A tak załośliwie śpiéwał, co jaze luto było słuhać. Jo do niego gwarze: ozgrzesem cie, ino podź ku mnie. Myślem, waryjok, trza na jego nute ś nim. Fciałek go do wsi na Bukowine przywieść, niek ta ś nim pote robiom, co uwazom. E — nie idzie. Pojdze, podź! On nic. Wyjonek kawołek oscypka, cok go mioł w tórbce pod boke, pokazujem mu — nic. Jesce sie cofie ku lasu. Wzionek, ruciłek...
Cafnon sie jesce więcyl. Popatrzał na mnie tak, jakoby sie co dobrego ode mnie spodziéwał, a ja kiebyk sie nie nazdał, co on fce? Patrzi kwile i powiado: Jo do tobie hlebem, a ty ku mnie kamieniem, ja do tobie krwią, a ty ku mnie ślinom! — I patrzem, hyce on gałązke ze ziemie i przezegnoł mie. Jo rzeke: je cozek ci zrobiéł, coś sie pogniéwoł? Jesce mie zegnos! Jele on do