Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kie nieśmiem.
— Oześmiel się! Cyś nie hłop?!
— A jak mi powi: nié?
— Pudzies ku inéj.
— Wiera! Wolołbyk się tu zapaść!
— Nie bluźnij!
— Ej! Ani mi niebo nie cudne, ani mi piekło nie strasne!
— Takeś się to wej zakohoł?
Ale on już nic nie rzekł.
Aż przyszedł raz dzień słoneczny, tak rzeźwy i tak bystrej pogody, jakiego jeszcze tego lata niebyło. Wstał Jasiek Mosiężny rano, podniósł głowę do góry, popatrzał na niebo, po turniach, i mówi do siebie: Prowda! Cyk nie hłop? Niekze się to juz roz abo tak abo tak odwozy!
I idzie prosto ku Marysi, spotyka ją: stoi nad potokiem schylona, spódnica między kolana wciśnięta, nogi od łydek gołe — pierze.
— Maryś! — mówi.
Marysia się wyprostowała.
— Co?
— Maryś! Nimogem juz dłuzéj wytrwać. Miłujem cię.
A ona się zaczerwieniła i zaraz pobladła bardzo.
— Miłujem cię — mówi Jasiek — Za zonę byk cię brał...