Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I co nie zonacył, kie zalubiéł jednom dziwkę, słuzkę, we Widniu: bełł do Dunaja z mostu!
— Tu mos! — krzyczy Antosia Mardułowa, co jej dopiero na siedmnasty rok szło — I utopił się?!
— Wyciongli go mało zywego. Pyto się go wachmistrz, bez co telo zgłupioł, a on pado: je ze mie nie fciała dziwka, cok jom zalubiéł.
— I co się zrobiło potę, krzesny ojce?
— Ino go puścili ze śpytola, bełł drugi roz! Ale juz lepi wymiérzoł, bo go juz więcyl nie znaśli.
— Hej, Ponjezusicku!
— A grać to tak umioł, ze som feldmarsiałek Laudon roz mu dwa talary śrybłem na manibrak doł. Nawet był na tego Jaśka Mosięznego trohę podany w ocak.
— Ej! Fciałaby jo téz, coby mie wto tak miłował — mówi Antosia.
— A cozbyś mu za to dała? — śmieje się stary Szymek.
— E co wom juz nic pote, krzesny ojce! — parska Antosia niestropiona, a wszyscy do śmiechu.
I szedł dzień za dniem, tydzień za tygodniem, nie odmieniało się nic. Marysia daleka słucha Jaśkowej muzyki, ale nic on jej nie bliższy.
— Spytaj ze się jéj — mówią dziewki — cy cię rada widzi, abo nié?