Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


łupy. Wydawało się, jakgdyby mu się przygarbione już plecy wyprostowały, a w oczach jarzył mu się blask.
— Widzieliście?! — spytał zadyszanym, ale podniosłym głosem.
— Witojcie, krzesny ojce. Co my mieli widzieć?
— Nocowałek przy dzieciak. Widzieliście?
— Jakoż my mogli tustela widzieć?
Ale Marynie wzdrygnęło się serce w piersi na tę myśl, która jej przyleciała do głowy.
— Łuna?! — zapytała.
A stary Gacek kiwnął głową z tryumfem i odrzekł: Łuna!...
A potem dodał: Dwa gazdowie, synkowie, pośli!
Zrobiło się cicho w chałupie zbójeckiej, nawet Michał Kamiński rozwarł szeroko powieki, choć on się mało czemu dziwować lubił.
— Podpoliliście?!
— Haj. Zasełek ku Jędrzkowi, burzem na oknie. Wto? — Jo, ociec. — Idźcie w dyabły! — Idem ku Jaśkowi, bo to zaroz, jedno przy drugim. Wto? — Jo, ociec. — Kiz was dyasi! Idźcie ku Jędrzkowi! — Juzek był. — No to idźcie w dyabły! — Juzek dali nie seł. Gorzołka mi tyz kręciła w głowie. Eu, myślem, nie pudem jo juz za wodę ani ku Staskowi, ani ku Kubie, ani ku Johymkowi, ani ku Marynie,