Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w Hrube puścić, ku synkom, ku gazdom... Baba pościel grzeje — wiera! byłoby i jasno!...
Nagle zerwał się z legowiska.
— Idem!
— Ka? — spytali towarzysze.
— W Hrube!
— Po co?
— U dzieci nocować. Bądźcie zdrowi, ludkowie moi.
Nim się obejrzeli, wyszedł. Zachrzęścił na patykach koło chałupy, zaszeleścił na trawie — przepadł w lesie.
Śpią Kamiński i Wala, noc głucha, kiedy Zośka Mocarna, co obok Zaruckiego, bo on miał żebra, jak ze stali, leżała, trąca go i mówi: Klimek, poźryj no! Łuna, lebo co na niebie? Dy przecie jesce nie świta! Ka to Wóz na niebie wysoko!
Popatrzył Klimek, powiada: Łuna. Kasi gore.
I zasnął.
Ale Zośka Mocarna widziała przez szpary w dachu, jak łuna rosła i objęła niebo przerażającą czerwienią, od której gwiazdy gasły.
— Jaskrawyk Łuscyków Gacek wspominał — myślała — i wywspominał. Kasi blizko gore.
Nazajutrz dobrze dniało i Michał Kamiński narzekał właśnie, że mu Gacek wieczorem wódkę wypił, gdy stanął on we drzwiach zbójeckiej cha-