Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Moja!
— Nie twoja!
Zaczęli się wadzić.
— Kradł! — powiada dyabeł.
— Złodziejstwo hłopska rzec. Nie ukradnie ten, co nie potrafi — odpowiedział mu anioł.
— Pił!
— To za swoje! Cyś mu pozycał?
— Rod dziwki widział, kie parobke był.
— Dybyś je i ty rod widział, kieby cie ino fciały! Nie bój się!
— Nie spowiadoł sie juz cosi ze trzy roki.
— To ksiendzowa sprawa, nie twoja. Jest hań plebon w Hohołowie od tego.
— Kie się ozezłości, klnie.
— E to na tobie! Dobrze robi.
— Świętym nie dowierzo.
— Tak tyz i oni jemu. Wiem dobrze, bo my towarzysia, a tyś ku nim za podogonie!
Zgniewał się dyabeł na to, rusza ku Samkowi ode drzwi.
— Podź duso ludzka! Bierem cię! — zgrzypi i widły zkądś z za siebie wziął i mierzy ku Samkowi.
A anioł do niego: E beskurcyjo! Sto dyabłów zjadło! Cozby jo za anioł był, cobyk ci haw rady nie doł!