Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I łap za widły ręką.
— Było się cemu przypatrzyć — opowiadał Samek — bo hoć anioł był, widno po nim, bucny, ale i dyabeł tyz nie słaby. Co sie ten z widłami siepnie ku mnie, to go zaś drugi zatrzymie. Ino mi to dziwno było, ze nijakiego hałasu nie robili. Gadać gadali tak po ludzku, ale coby co udrypcili, to juz nié. Nic słyhno nie było. — Nakoniec anioł wydarł dyabłowi widły i wyrzucił przez dach do pola — śladu w deskach nie było, tylko się trochę zasmędziły — a wtedy się dyabeł zwyrtnął i buch we drzwi. Uciekł.
— No, duso ludzka — rzekł teraz anioł do Samka — wybroniłek cię.
— Bóg ci tyz zapłać, aniołecku — odpowiedział Samek.
— Jakoż, Wojtek? Fces iść se mnom do nieba?
Poskrobał się Samek poza uchem, bo mu się jeszcze nie chciało ze świata schodzić, miał dopiero pod pięćdziesiąt lat, a głównie żal mu było tego niedźwiedzia z białą okową na szyi, co w Ciemnych Smreczynach siedział, i wesela u Sobczaków pod Gubałówką, na które proszony był, a tu takiej osobie nie rzecz się sprzeciwiać. Skrobie się więc za uchem i mówi: E cobyście mi by telo zelzyli, cobyk ino hań ku jednemu niedźwiedziowi zale-