Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


poradzi, anik téz tego nie słysoł, coby dwie jakie śmierzci były, abo coby we dwók osobak hodziła...
Ale się zaraz dorozumiał, kto to przyszedł, bo ten cień, co na lewo przy drzwiach stał, powiada: Duso ludzka, podź ku mnie.
A ten głos był tak, jakby kto na niesmarowanej osi zgrzypiał.
— Oho! — pomyślał Samek i wzdrygnął się. — Dy to dyabeł, a to drugie pewnie śmierzć, abo jaki pomocnik.
Ale w tej chwili odezwał się ten cień, co po prawej stronie drzwi stał: Duso ludzka, podź ku mnie.
A ten głos był tak, jak sygnaturka w kościele.
Uradował się tedy Samek, bo poznał, że to nie pomocnik dyabelski, ani nie śmierć, gdyż ci-by takiego pięknego głosu nie mieli. A i to go cieszyło, że się cień ten wydawał o wiele jaśniejszym, niż drugi. Wpatrzył się w nie dobrze Samek, oczy on miał bystre, strzeleckie, i rozeznał wielkie skrzydła nad jednego głową i nad drugiego, ale ten jaśniejszy miał takie, jak jaskółcze, a ten drugi takie, jak nietoperz. Wiedział już Samek, że to anioł i dyabeł.
— Przyśli po mojom dusę — mówi do siebie. — Wtoz tu bedzie mocniejsy?
Dyabeł powiada: Duso ludzka — mojaś!
A anioł zaraz: Nie twoja, ba moja!