Strona:PL Karol Miarka - Kantyczki 02.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przystąpiwszy jeszcze bliżej do Matki Boskiej, mówi:
Jestem nędzna sierota, * Miałam chleba i złota * I wszystkiego dostatki, * Póki byłam u matki; * Lecz jak matka umarli, * Ludzie mi to wydarli. * Sukienkę od parady, * Której oto są ślady, * Zostawili mi z łaski, * Słysząc mój płacz i wrzaski. * Zresztą wszystko zabrali, * Bez litości sięgali * Po ostatni kęs chleba. * Nawiedziły mię nieba * I kalectwem niebogę: * Zapracować nie mogę, * I to nęka mą duszę * Najboleśniej... bo muszę * Nagością i skomleniem * I łez gorzkich strumieniem * Serca ludzkie poruszać, * I jałmużnę wymuszać. * Wszystek mi chleb żebrany, * Jak z piołunem zmieszany * Bardzo gorzki się staje, * Że go litość podaje. * Dziś różnemi drogami * Właśnie szłam za królami, * Żeby dostać jałmużnę; * Owładnęły mnie różne * Trwogi, prosić nie śmiałam, * I aż tu się dostałam.

MARYA (sama do siebie):

Wyczytuję z jej oczu, * Że uczucia ją tłoczą, * Których nie śmie udzielić. * Do tego ją ośmielić * Będzie dobrym uczynkiem: * Jeśli z lubym wspominkiem * Ciepła z powiek łza spłynie, * Lżej się zrobi dziewczynie.

(Do żebraczki):

Zdradzasz mi się dziewczynko! * Twoją twarzą i minką, * Że serduszko masz tkliwe, * Czucie mocne i żywe.