Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   355   —

— Chętnie słyszy to moja dusza. Ilekroć przyjdziesz, zastaniesz u nas wielką radość. Żałuję, że wspominasz o innych zadaniach. Czy u nas nie mógłbyś się czuć szczęśliwym?
— Tego nie wiem. Bawię tutaj dopiero tak krótko, że trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Będzie to tak, jak z dwoma ptakami, siedzącymi w cieniu jednego drzewa. Jeden żywi się jego owocem i zostaje, a drugiemu potrzeba innego pożywienia; dlatego nie może długo pozostać i odlatuje.
— Wierz mi jednak, że dalibyśmy ci wszystko, czegobyś tylko zażądał.
— Wiem o tem, ale mówiąc teraz o pożywieniu, nie miałem na myśli pokarmu dla ciała.
— Tak, ja wiem, że wy, blade twarze, mówicie także o pokarmie dla ducha; słyszałem o tem od Kleki-petry. Jemu także brakowało u nas tego pokarmu, dla tego bywał czasem bardzo smutny, chociaż starał się nie okazać nam tego. Ty jesteś młodszy od niego i zatęskniłbyś tem prędzej i łatwiej. Dlatego nie zatrzymujemy cię, lecz prosimy, żebyś powrócił. Kto wie, czy nie zmienisz potem swego zapatrywania i nie przyznasz, że może ci być u nas dobrze. Ale ciekaw jestem, co uczynisz po powrocie do miast bladych twarzy.
— Tego sam jeszcze nie wiem.
— Czy zostaniesz u białych, którzy budują drogę dla konia ognistego?
— Nie.
— Słusznie uczynisz. Jesteś bratem czerwonych mężów i nie powinieneś współdziałać w chęci ograbienia nas z kraju i mienia przez blade twarze. Lecz tam, dokąd się udasz, nie będziesz mógł tak, jak tutaj, żyć z polowania. Musisz mieć pieniądze, a Winnetou mi powiedział, że jesteś biedny. Byłbyś dostał pieniądze, gdybyśmy na was nie byli napadli. Dlatego syn mój prosił mnie, bym ci to wynagrodził. Czy chcesz złota?
Popatrzył mi się przytem w oczy tak ostro i ba-