Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   354   —

dlatego przechowaliśmy je tak dobrze. Niech je sobie mój młody biały brat napowrót weźmie na własność.
Chciałem podziękować za ten dar, ale stary wódz nie przyjął podziękowania i oświadczył:
— Należały do ciebie, a myśmy je zabrali, bo uważaliśmy ciebie za wroga. Skoro jednak wiemy już teraz, że nam jesteś bratem, musisz otrzymać wszystko, co było twoje. Nie masz za co dziękować. A co teraz z tem zrobisz?
— Odchodząc stąd, zabiorę je i oddam tym ludziom, od których je wziąłem.
— A gdzie oni mieszkają?
— W St. Louis.
— Znam nazwę tego miasta i wiem, gdzie ono leży. Syn mój Winnetou był tam i opowiadał mi o niem. A zatem chcesz od nas odejść?
— Tak, choć nie zaraz.
— Przykro nam będzie. Zostałeś wojownikiem naszego szczepu, a ja nadałem ci nawet władzę i tytuł wodza Apaczów. Sądziliśmy, że zostaniesz u nas na zawsze, jak Kleki-petra, który z nami był aż do śmierci.
— Moje stosunki są inne, niż jego były.
— A ty znasz je?
— O tak! on opowiedział mi wszystko.
— W takim razie obdarzył cię wielkiem zaufaniem, chociaż widział cię po raz pierwszy.
— Prawdopodobnie z tego powodu, że pochodziliśmy z jednego kraju.
— Myślę, że nie tylko dla tego. Rozmawiał z tobą nawet przed śmiercią. Nie rozumiałem słów, bo nie znam tego języka, ale powiedziałeś nam, co to było. Zostałeś z woli Kleki-petry bratem Winnetou, a jednak chcesz go opuścić. Czy to nie sprzeczność?
— Nie. Bracia nie muszą być ciągle razem; rozchodzą się często dla wykonania rozmaitych zadań.
— Ale potem widzą się znowu?
— Tak. Zobaczymy się znowu, bo mnie serce sprowadzi do was napowrót.