Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   350   —

— Byłem znów u niej i oświadczyła mi, że zrobiła ubranie tylko na rozkaz Winnetou.
— Więc nie z miłości?
— Zdaje się, że nie. Potem zapytała, co jej dam za wygarbowanie skóry. Utrzymuje, że robiła to na moje zamówienie.
— A więc żąda zapłaty!
— Yes! Czy to objaw miłości?
— Nie wiem. Nie mam doświadczenia w takich sprawach. Dzieci kochają rodziców, a mimo to muszą rodzice wszystko za nie płacić. Może to właśnie objaw wzajemności ze strony waszej pełni księżycowej.
— Pełni? Hm! To także możliwe, że to ostatnia kwadra. A więc nie zabierzecie mnie z sobą?
— Winnetou chce ze mną samym wyjechać.
— To ja się nie sprzeciwiam.
— Zniszczylibyście sobie nowe ubranie, kochany Samie!
— Prawda! Plamy z krwi nie są stosowne dla takiego stroju.
Odszedł, ale znów się odwrócił i zapytał:
— Czy wam się nie zdaje, że moje stare ubranie było jednak o wiele praktyczniejsze?
— Być może.
— Nie tylko może, lecz nawet prawdopodobnie.
Na tem się na razie skończyło, ale następnych dni chodził Sam coraz bardziej zamyślony i coraz mniej mówił. Księżyca ubywało widocznie. Aż raz ujrzałem go wychodzącego z domu w starem ubraniu.
— Cóż to Samie? — zapytałem. — Myślałem, że zdjęliście, lub wedle słów waszych „wyrzuciliście“ nawet to ubranie.
— Tak też było.
— A jednak odszukaliście je znowu.
Yes!
— Ze złości?
— Naturalnie! Jestem poprostu wściekły!
— Na ostatnią zmianę księżyca?