Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   349   —

z sępim dzióbem na środku twarzy. Tego było z pewnością nawet dla Indyanki za wiele. Sam Hawkens nie odszedł był jeszcze daleko, kiedy się odwrócił do mnie i zawołał:
— Ten nowy strój, to przecież zupełnie coś innego! Jestem, jak nowo narodzony! Nie chcę już patrzeć na stary. Sam konkuruje, hi! hi! hi!
Nazajutrz spotkałem go na dole pod pueblem, bardzo zamyślonego.
— Jakież to myśli astronomiczne snują się wam po głowie, kochany Samie? — spytałem.
— Astronomiczne? Czemu właśnie te?
— Bo macie minę, jak gdybyście chcieli odkryć kometę, albo mgławicę.
— Prawie jest tak. Myślałem, że to kometa, ale prawdopodobnie będzie to mgławica.
— Kto?
— Ona, Kliuna-ai
— Ach, tak! Księżyc w pełni dziś już mgławicą? Dlaczegoż to?
— Zapytałem ją, czy wyjdzie znowu za mąż i odpowiedziała mi: „nie!“
— To nie przeszkadza wam z ufnością w przyszłość spoglądać. I Rzymu nie zbudowano odrazu!
— A mego nowego ubrania nie uszyto w jednej godzinie. Macie słuszność. Zostaję nadal konkurentem.
Wszedł na schody, aby się udać do Kliuny-ai. Nazajutrz osiodłałem sobie deresza, aby wyjechać z Winnetou na bawoły, wtem zjawił się u mnie Sam Hawkens i zapytał:
— Czy mogę pojechać z wami, sir?
— Na bawoły? Chyba nie. Wy polujecie teraz na lepszą zwierzynę.
— Kiedy mi szczęście nie dopisuje.
— Tak?
— Niestety!
— Jakto?