Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




ROZDZIAŁ V.
„Piękny Dzień.“

Wróciwszy teraz do puebla, zobaczyłem, jaka to była silna i olbrzymia budowla kamienna. Zwykle uważa się ludy amerykańskie za niekulturalne, ale ludzie, którzy umieli poruszyć takie masy skalne i spiętrzyć je w tak niezdobytą dla broni owoczesnej twierdzę, nie mogli znajdować się na najniższym stopniu kultury. Co do tego, że te narody istniały dawniej i że Indyanie nie są bynajmniej ich potomkami, jak powszechnie utrzymują, to nie chcę ani przyznawać słuszności temu mniemaniu, ani go zaprzeczać; gdyby jednak nawet tak było, to niema w tem jeszcze powodu do twierdzenia, jakoby Indyanie nie byli zdolni w rozwoju postępować. Oczywiście, jeśli się nie da im na to miejsca, ani czasu, to muszą podupaść i wyginąć.
Wspięliśmy się przy pomocy drabin na trzecią platformę, za którą leżały najlepsze ubikacye puebla. Tu mieszkał Inczu-czuna z obojgiem dziećmi i tu wyznaczono dla nas mieszkanie.
Moje było obszerne. Wprawdzie i ono nie miało okien i światło wpadało drzwiami, ale te były tak wysokie i szerokie, że było dość jasno. Komnata była pusta, ale Nszo-czi umeblowała ją niebawem tak dobrze futrami kocami i różnymi sprzętami, że było mi daleko wygodniej, niżby w danych warunkach się zdawało.